Strona:Ludwik Gallet - Kapitan Czart. Przygody Cyrana de Bergerac.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w głębi duszy do swych myśli,które oddawały mu w zależności człowieka,tak bardzo znienawidzonego.
— Jeżeli zajdzie potrzeba okazania księgi sądowi—dorzucił nie zmieniając tonu—sam mu ją przedstawię.Nie chcę(słowo to wymówił ze szczególnym naciskiem)nie chcę powierzać jej w cudze ręce.
—A!—wrzasnął Cyrano podchodząc do niego —tak bardzo zatem szacujesz te relikwje, mości Joelu?
Tak, bardzo ją szacuję.
— Doprawdy?
Najpierw, jako relikwie.
— Następnie?
— Jako zakład.
— Pojmuję cię, łotrze! Ne chcesz dostarczyć potrzebnego dowodu inaczej, Jak za gotówkę.
Ten dowód, jasny panie, podnosi cenę mojej osoby.Straciłbym ją, gdyby się go pozbył.
— Mniejsza o to! Gdy będzie trzeba, sąd potrafi otworzyć ci ręce.
Na tę pogróżkę Manuel, który nie mieszał się dotąd do sporu, przystąpił do cygana i rzekł:
— Cóż to, Ben Joelu, nie masz do mnie zaufania? Zdaje mi się, żem ci nie dał do tego powodu?
— Nie mam zaufania do losu — odrzekł ostrożnie awanturnik.
Cyrano ujął Manuela pod ramię i skierował się do wyjścia.
— Chodź ze mną — rzekł.— Zaprowadzę cię do, swego mieszkania, będziemy tam mogli swobodnie rozmawiać; a dzisiejszego jeszcze wieczora—jutro najpóźniej, — poznasz brata i odzyskasz należne ci imię i stanowisko. Do rychłego zobaczenia się, Ben Joelu.