Strona:Ludwik Gallet - Kapitan Czart. Przygody Cyrana de Bergerac.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


rego miał przed sobą; myślał o sobie samym, o tem, czem był, o tem, czem mógłby być, i przeróżne fantastyczne obrazy snuły mu się przed pełnemi niepokoju, prawie obłąkanemi oczyma.
— Mówże! Czemu nie mówisz! — krzyczał Cyrano,ściskając z całej mocy jego rękę i potrząsając nią silnie, aby wyrwać młodzieńca z zamyślenia.
— Szukam w pamięci tego imienia — szepnął cygan napół nieprzytomnie. — Zdaje mi się chwilami, że już je mam na ustach, ale gdy chcę je wymówić, ulatuje i znika!
— Wytęż pamięć jak najmocniej!
— Mam je! — wykrzyknął wreszcie Manuel triumfująco.
— Nakoniec
— To dziecię, które tak bardzo kochałem... ten towarzysz najwcześniejszych lat moich... nazywał się... tak, nie mylę się tym razem...
— Nazywał się?
— Sawinjusz!
Wykrzyknął to imię z pośpiechem, jakby obawiał się, żeby mu znów nie uleciało, a po chwili powtórzył je raz jeszcze powoli, sylaba po sylabie, chcąc zapewnić się, że to te same dźwięki, które go kiedyś w dzieciństwie radowały.
Cyrano wyprostował się, już nie poważny i surowy, lecz promieniejący radością, zwycięski. Przyjazny uśmiech zjawił się na jego ustach; głos zadźwięczał wesoło i czule.
— Sawinjusz — rzekł, ściskając palce młodzieńca tak silnie, jakby je chciał skruszyć — ten urwis i ladaco ten niedobry chłopiec, który bił trzepaczką swego małego ucznia, gdy mylił się w lekcjach szermierki, ten Sawinjusz wyrósł, postarzał się, ale przeszłości nie zapomniał,
— Znasz go pan?