Strona:Ludwik Gallet - Kapitan Czart. Przygody Cyrana de Bergerac.djvu/43

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Tak, bo to głupie stworzenie przywykło już widzieć w tobie swego przyszłego męża, czego życzył sobie nawet mój papa, gdy umierając, przeznaczał jedno dla drugiego. A przytem wiesz, jaka to zazdrośnica.
Czoło Manuela sfałdowało się. Przyśpieszył kroku, aby uniknąć dalszych wypytywań towarzysza, rzucając mu na odchodnem:
— Mylisz się. ZilIa nie kocha mnie. Nigdy ona nie myślała o tem, co mówisz.
Ben Joel nie zdążył odpowiedzieć, gdyż młodzieniec podbiegł do ZilIi i uchronił się tym sposobem od jego ciekawości.
Sulpicjusz Castillan, spełniając zlecenie Cyrana, postępował wciąż za tą trójką. Idąc, mówił do siebie:
— Co u diabła za interesy może mieć mój pan z tymi obwiesiami?...
Wbrew przewidywaniom Sulpicjusza, który wyobrażał sobie, że grajkowie mają stały przytułek na Nowym-Moście, minęli go oni i weszli do jednego z biednie wyglądających domostw za bramą Nesles, w dzielnicy, która zczasem stać się miała arystokratycznem przedmieściem Świętego Germana.Kieska Rolanda, tak skwapliwie pochwycona przez Ben Joela, była dość ciężka, aby 2rajkowie mogli zrobić sobie tego dnia zupełny odpoczynek, nie potrzebując stawiać dobrym Paryżanom horoskopów, ani też pokazywać im sztuk z kubkami.
Sulpicjusz długo wystawał przed bramą starego domostwa — dość długo, aby upewnić się, że grajkowie z niego nie wychodzą i że tu właśnie znajduje się ich gniazdo, czy też legowisko. Następnie, ponieważ w tej samej właśnie dzielnicy mieszkaj z Cyranem, nie wracając, poszedł prosto do domu swego pana.
Niecierpliwość Sawinjusza musiała być niezmier-