Strona:Lucy Maud Montgomery - Ania z Wyspy.djvu/69

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Chodź, kochanie, uklęknij, — rzekła Ania.
Tadzio zbliżył się i zatopił głowę na piersi Ani, ale nie uklęknął.
— Aniu, — rzekł stłumionym głosem. — Po tem wszystkiem nie czuję się zdolny do modlitwy. Trwa to już od tygodnia. Ja... ja się nie modliłem ani wczoraj ani przedwczoraj wieczorem!
— Dlaczego, Tadziu? — zapytała Ania łagodnie.
— Czy... czy nie będziesz się gniewała, gdy ci to powiem? — błagał Tadzio.
Ania uniosła odziane w szarą flanelę ciałko na kolana i przytuliła głowę chłopca do swego ramienia.
— Czy się kiedykolwiek „gniewałam“, gdy mi coś mówiłeś, Tadziu?
— Nieee, ty się nigdy nie gniewałaś. Ale martwisz się, a to jest jeszcze gorsze. Okropnie cię zaboli, gdy ci to powiem Aniu — i będziesz się mnie pewnie wstydziła.
— Czy zrobiłeś coś niegodnego, Tadziu, i czy dlatego nie możesz się modlić?
— Nie, dotychczas nie uczyniłem nic złego, ale muszę to zrobić.
— O co idzie, Tadziu?
— Muszę... muszę powiedzieć złe słowo, Aniu, — wybuchnął Tadzio z rozpaczliwym wysiłkiem. — Słyszałem, jak w zeszłym tygodniu powiedział je chłopiec, którego przyjął pan Harrison, i od tego czasu korci mię ciągle, żeby je powiedzieć — nawet kiedy się modlę.
— Więc powiedz je, Tadziu.
Tadzio podniósł zawstydzoną twarz, niezmiernie zdumiony.
— Ależ Aniu, to jest okropnie złe słowo!
Powiedz je!