Strona:Lucy Maud Montgomery - Ania z Wyspy.djvu/280

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tam z Jasiem. O, Aniu, jestem tak szczęśliwa, że serce boli mię z tego.
Ania cieszyła się zawsze ze szczęścia przyjaciółek. Ale niekiedy czuje się człowiek nieco samotny, gdy otacza go ze wszystkich stron szczęście, które nie jest jego własnem. Tak samo czuła się Ania, powróciwszy znowu do Avonlea. Tym razem Diana kąpała się w niezwykłem szczęściu, które jest udziałem kobiety, gdy nowonarodzone dziecię leży obok niej. Ania spoglądała na białą, młodą matkę z niejaką czcią, której nigdy dotąd nie zaznawała w stosunku do Diany. Czyż ta blada kobieta z zachwytem w oczach mogła być ową małą, czarnowłosą, rumianą Dianą, z którą bawiła się Ania w minionych dniach szkolnych? Doznawała dziwnego uczucia osamotnienia, że ona sama należała jeszcze tylko do minionych czasów i nie miała nic wspólnego z teraźniejszością.
— Czy on nie jest piękny? — zapytała Diana z dumą.
Mały tłuścioszek podobny był zupełnie do Alfreda, tak samo był okrąglutki i tak samo czerwony. Ania nie mogła rzeczywiście powiedzieć uczciwie, że wydaje się jej piękny, ale przyznała szczerze, że był słodki, aż się go chciało całować, a naogół — zachwycający.
— Zanim się urodził, pragnęłam dziewczynki, żebym ją mogła nazwać Anią, — rzekła Diana. — Ale teraz, gdy mam tego małego Alfreda, nie zamieniłabym go na miljon dziewczynek.
— Każde małe dziecko jest najsłodsze i najpiękniejsze, — rzekła pani Allan wesoło. — Gdyby się urodziła mała Ania, czułabyś do niej zupełnie to samo.
Pani Allan przybyła do Avonlea po raz pierwszy od czasu, jak je opuściła. Była tak samo wesoła, słodka i sympatyczna jak dawniej. Dziewczęta powitały ją z za-