Strona:Lucy Maud Montgomery - Ania z Wyspy.djvu/276

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


samym pokoikiem. Nigdy już nie będę mogła wyglądać stamtąd przez okno bez uczucia straty. O, i zawsze, gdy przybywałam na Zielone Wzgórze, była tu Diana, aby mię powitać.
— Diana musi teraz myśleć o czemś zupełnie innem, — rzekła pani Linde znacząco.
— Opowiedz mi wszystkie nowiny z Avonlea, — rzekła Ania, siadając na schodkach, gdzie słońce zachodnie padało na jej włosy niby delikatny złoty deszcz.
— Niewiele mamy nowin, prócz tych, o których ci już pisałyśmy, — rzekła pani Linde. — Nie słyszałaś pewnie jeszcze, że Szymon Fletcher złamał w zeszłym tygodniu nogę. Wielkie to wydarzenie dla jego rodziny. Postanowili wykonać teraz wiele rzeczy, które dawno zamierzali zrobić, a nie mogli, póki ten stary przeszkadzał im w tem.
— Pochodzi on z niewesołej rodziny.
— Niewesołej?
— No tak. Matka jego miała zwyczaj wstawać podczas zebrań religijnych i oświadczać, że wszystkie jej dzieci są niedorajdami, prosząc, aby się za nie modlono. Naturalnie doprowadzało ich to do wściekłości.
— Nie opowiedziałaś Ani ostatniej nowiny o Jance, podpowiedziała Maryla.
— O, Janka! — rzekła pani Linde. — No, — dodała zawistnie, — Janka Andrews wróciła znowu w zeszłym tygodniu do domu i ma wyjść za jakiegoś miljonera z Winnipeg. Możesz być pewna, że matka jej nie traciła czasu, aby o tem wszystkiem opowiedzieć.
— Poczciwa, kochana Janka! Tak się z tego cieszę, rzekła Ania serdecznie. — Zasługuje ona na najlepsze w życiu
— O, nic przeciwko temu nie mogę powiedzieć. Janka jest bardzo miłą dziewczyna. Ale nie nadaje się ona do