Strona:Lucy Maud Montgomery - Ania z Wyspy.djvu/259

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— To bardzo miłe zwierzątka, prawda? — rzekła figlarnie.
— Nigdy nie lubiłam kotów, — oznajmiła pani Gardner niedbale.
— Ja je lubię, — rzekła Dorota. — Takie są ładne i egoistyczne. Psy są za dobre i za mało samolubne. Czuję się przy nich nieswojo. Koty zaś są niezwykle ludzkie.
— Ma pani tam dwa cudowne porcelanowe pieski. Czy mogę je obejrzeć zbliska? — zapytała Alina, zbliżając się do kominka i stając się przytem nieświadomie powodem drugiego przypadku. Podnosząc Magoga, usiadła na poduszkę, pod którą Priscilla schowała placek czekoladowy. Priscilla i Ania wymieniła zatrwożone spojrzenia, ale nic nie mogły poradzić. Alina siedziała nadal na poduszce, rozprawiając o psach porcelanowych aż do chwili odejścia.
Dorota pozostała jeszcze chwilę w pokoju, aby uścisnąć Ani rękę i szepnąć jej impulsywnie:
— Wiem, że będziemy przyjaciółkami. O, Roy opowiadał mi wszystko o pani. Jestem jedyną w rodzinie, której ten biedny chłopiec coś opowiada. Na mamie i Alinie nikt nie mógłby polegać. Jak wspaniale musicie tutaj spędzać czas. Czy pozwolicie mi przychodzić tutaj i brać udział w waszem życiu?
— Niech pani przychodzi jak często będzie pani chciała, — odpowiedziała Ania serdecznie, szczęśliwa, że jedną z sióstr Roya można było lubić. Nigdyby nie polubiła Aliny, to było pewne, a Alina nigdyby jej nie polubiła, chociaż panią Gardner można było sobie zjednać.
Ostatecznie jednak wydała Ania westchnienie ulgi, gdy ciężka próba minęła.
— Co za tragiczne wydarzenie! — zawołała Priscilla drwiąco, podnosząc poduszkę. — Placek ma teraz praw-