Strona:Lucy Maud Montgomery - Ania z Wyspy.djvu/256

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Modliłam się, aby się na to zdobyła... ale... pragnęłam, aby tego nie uczyniła...
Ciotka Jakóbina dziwiła się potem, że wszystkie te trzpiotowate dziewczęta wybuchnęły śmiechem.
Oczy Ani błyszczały przez cały ten dzień. Ambicja literacka wykwitła w jej główce. Wesołe myśli towarzyszyły jej przez cały czas spaceru, a nawet na widok Gilberta i Krystyny, którzy szli tuż przed nią, iskry jej nadziei nie zgasły. Mimo wszystko jednak, nie była tak pochłonięta sprawami ziemskiemi, aby nie spostrzegła, że chód Krystyny był niezwykle niezgrabny.
— Ale Gilbert patrzy pewnie tylko na jej twarz. Jak wszyscy mężczyźni, — powiedziała sobie Ania pogardliwie.
— Czy będziesz w sobotę po południu w domu? — zapytał Roy.
— Tak.
— Matka moja i siostry chciałyby cię odwiedzić, — rzekł Roy spokojnie.
Anię przeniknęło coś, co możnaby nazwać dreszczem, ale nie był to dreszcz miły. Nie znała jeszcze nikogo z rodziny Roya. Rozumiała znaczenie jego oświadczenia. Było w tem coś tak nieuniknionego, że Ania zadrżała.
— Będę bardzo rada, — rzekła, a potem zastanowiła się, czy rzeczywiście będzie tak rada. Powinnaby właściwie. Ale czy to nie będzie czemś w rodzaju próby? Plotka doniosła już Ani, w jakiem świetle widzieli Gardnerowie zakochanie ich syna i brata. Roy musiał w związku z tą wizytą wiele wycierpieć. Ania wiedziała, że będzie skrupulatnie badana. Z faktu, że panie zgodziły się na wizytę, wnioskowała, że chętnie czy niechętnie widziały w niej prawdopodobną członkinię rodziny.