Strona:Lucy Maud Montgomery - Ania z Wyspy.djvu/246

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Co za okrutna, bezlitosna, faszywa, stara kobieta! — zawołała Ania.
— Cicho, ona nie żyje! — rzekła Janina uroczyście. — Nie wolno nam więc mówić o niej nic złego. Ale nareszcie jestem szczęśliwa, Aniu! I ani odrobinę nie martwiłabym się, że muszę tak długo czekać, gdybym była tylko wiedziała, dlaczego.
— Kiedy się pobierzecie?
— W przyszłym miesiącu. Oczywiście ślub będzie zupełnie cichy. Ludzie będą mnie pewnie okropnie obgadywali. Powiedzą, że pośpieszyłam się, żeby złapać Jana, gdy tylko matka jego zeszła nam z drogi. Jan chciał im wyjawić prawdę, ale ja powiedziałam: — „Nie, Janie, mimo wszystko była ona twoją matką! Zachowajmy tę tajemnicę między nami, aby nie rzucić ani cienia na jej wspomnienie! Nic mnie nie obchodzi, co ludzie powiedzą, teraz, gdy sama znam prawdę. To wszystko nic. Niechaj wszystko zostanie wraz ze zmarłą pogrzebane!“ powiedziałam mu. Nalegałam na niego póty, aż się ze mną zgodził.
— Potrafi pani bardziej przebaczać, niż ja zdołałabym kiedykolwiek, — rzekła Ania nieco gniewnie.
— Gdy pani będzie w moim wieku, zmieni pani zdanie o niejednej rzeczy, — rzekła Janina wyrozumiale. — Jedną z rzeczy, których uczymy się z wiekiem, jest przebaczać. Łatwiej to człowiekowi czynić w czterdziestym roku życia, niż w dwudziestym.