Strona:Lucy Maud Montgomery - Ania z Wyspy.djvu/239

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Po skończonem zebraniu Jan Douglas zbliżył się ze swoją zwykłą propozycją. Janina wyglądała straszliwie, ale zdecydowanie.
— Nie, dziękuję panu, — odpowiedziała lodowato. — Sama trafię do domu. Nic w tem zresztą dziwnego, gdyż chodzę tą drogą od czterdziestu lat. Nie potrzebuję się pan więc fatygować, panie Douglas.
Ania przyglądała się Janowi Douglasowi. W jasnem świetle księżyca ujrzała znowu owo skrzywienie człowieka na ostatnim stopniu tortury. Bez słowa odwrócił się i odszedł.
— Stój, stój! — zawołała za nim Ania dziko, nie robiąc sobie nic z reszty obecnych, którzy oniemieli ze zdumienia. — Niech się pan zatrzyma, panie Douglas, niech pan wraca!
Jan Douglas zatrzymał się, ale nie wrócił. Ania podbiegła do niego, chwyciła go za rękę i wolno pociągnęła do Janiny.
— Musi pan wrócić, — rzekła błagalnie. — Wszystko to jest błędem, panie Douglas, to wszystko moja wina. Ja namówiłam Janinę, żeby tak postąpiła. Nie chciała tego, ale teraz już znowu wszystko dobrze, prawda, Janino?
Bez słowa ujęła go Janina pod ramię i odeszła. Ania szła za nimi osłabiona i wsunęła się do domu przez tylne drzwi.
— Pięknie się pani nadaje do pomagania komuś, — rzekła Janina ironicznie.
— Nie mogłam inaczej postąpić, Janino, — rzekła Ania ze skruchą. — Czułam się tak, jakbym się obojętnie przyglądała morderstwu. Musiałam pobiec za nim.
— O, taka jestem zadowolona, że pani to uczyniła! Kiedy ujrzałam, że Jan Douglas odchodzi, doznałam wrażenia, jakby owa reszta radości i szczęścia, która pozosta-