Strona:Lucy Maud Montgomery - Ania z Wyspy.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— To mnie rzeczywiście cieszy. Podobno w domu mówiłam tak, ale myślę, że mnie tem tylko drażniono. Nie chcę mieć akcentu amerykańskiego. Nie mogę coprawda powiedzieć ani słowa przeciwko jankesom, panno Shirley. Są oni rzeczywiście cywilizowani. Ale kochana Wyspa Księcia Edwarda jest mi zawsze droższa.
Pierwsze dwa tygodnie spędził Jasio z babką, panią Irving w Avonlea. Gdy przybył, Ania spotkała się z nim i ujrzała, że płonął pragnieniem znalezienia się na wybrzeżu — gdzie powinna być Nora, Złota Pani i Bliźnięta-Żeglarze. Nie mógł się doczekać, aż zje kolację. Czyż mógł nie ujrzeć twarzy nimfy Nory, która wyczekiwała go z tęsknotą na wierzchołku skały? Ale gdy powrócił z wybrzeża o zmroku, był bardzo trzeźwym chłopcem.
— Czy nie odnalazłeś swego Ludku Skalnego? — zapytała Ania.
Jasio potrząsnął głową z zatroskaniem.
— Bliźnięta-Żeglarze i Złota Pani wogóle już nie przyszli, — rzekł. — Nora była, ale to już nie ta sama Nora, zmieniła się.
— O Jasiu, to ty się zmieniłeś, — odpowiedziała Ania. — Stałeś się za stary dla Ludku Skalnego. Dla nich tylko dzieci są odpowiednimi towarzyszami zabaw. Obawiam się, że Bliźnięta-Żeglarze nigdy już nie przybędą do ciebie w czarownej łodzi perłowej z żaglem z promieni księżycowych. A złota Pani także nie zagra ci już na złotej harfie. Nawet Nory nie będziesz już widywał. Musisz zapłacić cenę tego, że stałeś się dorosły, Jasiu. Musisz porzucić kraj baśni.
— Widzę, że oboje jak dawniej gadacie głupstwa, — rzekła stara pani Irving, nawpół pobłażliwie, nawpół karcąco.