Strona:Lucy Maud Montgomery - Ania z Wyspy.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Fila wybiegła do śpiżarni, a Ania w towarzystwie Moruska udała się do ogrodu owocowego. Był wilgotny wieczór wczesnej wiosny. Choć śnieg nie stajał jeszcze, Gilbert znalazł w jakimś zakątku kilka bladych kwiatków. Nadszedł z parku, trzymając je w ręku.
Ania siedziała na wysokim szarym murze w ogrodzie i spoglądała na nagi krzak przed sobą. Marzyła. Ściągnęła brwi, gdy Gilbert nadszedł przez ogród. Ostatnio urządzała się stale tak, aby nigdy nie zostać sama z Gilbertem. Teraz jednak zaskoczył ją niespodzianie i nawet Morusek opuścił ją.
Gilbert usiadł obok niej na murze i podał jej konwalje.
— Czy ci to nie przypomina naszego domu i dawnych zabaw z czasów szkolnych, Aniu?
Ania ujęła kwiaty i ukryła w nich twarz.
— W tej chwili znajduję się myślą na ugorach pana Silasa Slona, — odpowiedziała z zachwytem.
— Sądzę, że za kilka dni będziesz tam w rzeczywistości.
— Nie, dopiero za dwa tygodnie. Jadę z Filą do Bolingbroke. Przed powrotem do domu złożę jej tam wizytę. Będziesz w Avonlea przed moim przyjazdem.
— Nie, przez całe lato nie będę w Avonlea, Aniu. Zaproponowano mi pracę w redakcji „Nowin Codziennych“ i mam zamiar ją przyjąć.
— O, — rzekła Ania. Zastanawiała się, jak minie całe lato w Avonlea bez Gilberta. Myśl o tem sprawiała jej jednak jakąś przykrość. — Doskonale, — zakończyła, — to dla ciebie oczywiście bardzo dobrze.
— Tak, starałem się dostać tę pracę. Pozwoli mi się ona utrzymać w przyszłym roku.
— Nie powinieneś pracować zbyt wiele, — rzekła Ania, nie zdając sobie jasno sprawy z tego, co właściwie