Strona:Lucy Maud Montgomery - Ania z Wyspy.djvu/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


strzegły Maryla i pani Linde, i czytał w książce z biblioteki szkolnej cudowną historję o cudownym bohaterze, który zdawał się wyposażony w cudowną zdolność wpadania w niezwykłe niebezpieczeństwa, z których ratowało go zawsze jakieś trzęsienie ziemi lub inny kataklizm, który unosił go z sobą i zdrowo wysadzał go na bezpieczny brzeg.
— Powiadam ci, że to wspaniała powieść, Aniu, — mówił z zapałem. — Wolę ją czytać niż biblję.
— Rzeczywiście? — zawołała Ania.
Tadzio spojrzał na nią z zaciekawieniem.
— Widzę, że cię to wcale nie oburza, Aniu. Pani Linde była okropnie oburzona, kiedy jej to powiedziałem.
— Nie, nie jestem o to oburzona, Tadziu. Uważam za zupełnie naturalne, że dziewięcioletni chłopiec woli czytać opowiadanie z przygodami, niż biblję. Ale gdy będziesz starszy, spodziewam się, że zrozumiesz, jak cudowną książką jest biblja.
— O, niektóre ustępy są w niej bardzo ładne! Naprzykład to opowiadanie o Józefie jest cudowne! Ale gdybym ja był Józefem, nie przebaczyłbym braciom. O nie, moi panowie! Wszystkim poucinałbym głowy. Pani Linde była strasznie wściekła, gdy jej to powiedziałem, i zamknęła biblję i powiedziała, że nigdy mi już jej czytać nie będzie, jeżeli będę tak mówił. Więc nie mówię nic, gdy czyta w niedzielę po obiedzie Myślę sobie tylko rozmaite rzeczy i nazajutrz opowiadam o tem w szkole Emilkowi Boulterowi.
— O Boże! — zawołała Ania, gdy wicher uderzył nową falą śniegu w okna, — czyż ta zawieja nigdy się nie skończy?
— Bóg wie, — odpowiedział Tadzio swobodnie, zabierając się znowu do czytania.