Strona:Lucy Maud Montgomery - Ania z Wyspy.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


inne... Myślę i myślę o tem, i tak mię to przeraża i... i... tak mi tęskno! Niebo musi być oczywiście bardzo piękne, biblja mówi o tem — ale, Aniu, nie będzie to to, do czego jestem przyzwyczajona!
Ania przypomniała sobie zabawną historję, którą słyszała od Filipy Gordon, historję pewnego starego człowieka, który mniejwięcej te same rzeczy opowiadał o świecie, który ma przyjść. Wówczas wydawało się jej to komiczne. Przypomniała sobie, jak ona i Priscilla śmiały się z tego. Teraz nie widziała w tem nic śmiesznego, gdy słowa te padały z warg Ruby. Było to posępne i tragiczne i prawdziwe! Niebo nie mogło być tem, do czego Ruby była przyzwyczajona. W jej wesołem, beztroskiem życiu, w jej płytkich ideałach nie było nic, co zawierać mogłoby przyszłe życie. Ania bezradnie zastanawiała się, co mogłaby jej powiedzieć, aby jej ulżyć. Czy mogła coś takiego powiedzieć?
— Zdaje mi się, Ruby, — zaczęła z wahaniem, — zdaje mi się, że może mylimy się bardzo co do nieba — czem ono jest i co dla nas oznacza. Nie sądzę, aby mogło być tak odmienne od życia, jak przypuszcza większość ludzi. Mam wrażenie, że będziemy tam nadal żyli tak, jak żyjemy tutaj, i że zostaniemy zupełnie tacy sami — tylko że łatwiej będzie nam być dobrymi i naśladować Najwyższego. Nie lękaj się, Ruby!
— Nie mogę, — rzekła Ruby boleśnie. — Nawet jeżeli tak jest, jak mówisz — a nie możesz być tego pewna, może to być tylko twoje wrażenie — nawet jeżeli tak jest, to jednak niebo nie jest tem samem, co ziemia. Nie może być tem samem. Ja chcę żyć nadal tutaj. Jestem taka młoda, Aniu! Jeszcze nie użyłam życia. Tak ciężko walczyłam, żeby żyć — i nic mi to nie pomoże, muszę umrzeć — porzucić wszystko, na czem mi zależy.