Strona:Lucy Maud Montgomery - Ania z Wyspy.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ilekroć idziesz do Ruby, wracasz do domu zmęczona, — mówiła.
— Takie to smutne i tragiczne, — odpowiedziała Ania łagodnie. — A jednak czuję, że Ruby potrzebuje pomocy, że jej łaknie. A ja chcę jej tę pomoc okazać i nie umiem. Przez cały czas, gdy jestem z nią, mam wrażenie, jakbym obserwowała walkę z niewidzialnym wrogiem. To jest powód mego zmęczenia, gdy wracam do domu.
Ale tego wieczora nie doznawała Ania tego uczucia. Ruby była dziwnie spokojna. Nie powiedziała ani słowa o zabawach, wycieczkach, strojach i chłopcach. Leżała w hamaku z nietkniętą robótką zboku, otulona w biały szal.
Za domem Gillisów znajdował się kościół ze starym cmentarzem. Światło księżyca padało na białe nagrobki.
— Jak poważnie wygląda cmentarz w świetle księżyca, — rzekła nagle Ruby. — Jak upiornie! — wzdrygnęła się. — Aniu, niedługo już będę tam leżała. Ty i Diana i wszyscy inni będziecie chodzili po świecie, pełni życia, a ja będę leżała tam, na starym cmentarzu, martwa.
Słowa te zmieszały Anię. Przez chwilę niezdolna była odpowiedzieć.
— Wiesz, że tak jest, prawda? — rzekła Ruby.
— Tak, wiem, — odpowiedziała Ania cicho. — Kochana Ruby, wiem.
— Każdy o tem wie, — rzekła Ruby gorzko. — Ja wiem także — wiedziałam o tem przez całe lato, chociaż nie chciałam tego przyznać — i... o, Aniu... — wyciągnęła rękę i z błaganiem uchwyciła rękę Ani, — ...ja nie chcę umierać! Boję się umierać!
— Dlaczego boisz się umierać? — zapytała Ania spokojnie.
— Bo... bo... o... nie boję się, że się nie dostanę do nieba, Aniu. Należę do kościoła... Ale... to będzie takie