Strona:Lucy Maud Montgomery - Ania z Wyspy.djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Nie mogłam temu przeszkodzić! Nie wiedziałam, że miał ten zamiar! — zawołała Tola purpurowa ze wstydu.
— Ale nie dałaś mu za to klapsa i nie wyglądałaś wcale zła, — odpowiedział Tadzio. — To jej powiem, jeżeli nie pójdziesz ze mną. Pójdziemy naprzełaj przez to pole, najkrótszą drogą.
— Boję się tych krów, — protestowała biedna Tola, uważając to za pretekst do ucieczki.
— Też się jest czego bać! — zadrwił Tadzio. — Obie są młodsze od ciebie!
— Ale są większe, — rzekła Tola.
— Nic ci nie zrobią. Chodź! Dobraś sobie! Kiedy będę dorosły, wogóle nie będę chodził do kościoła. Dam sobie w niebie sam radę.
— Znajdziesz się gdzie indziej, jeżeli będziesz łamał dzień świąteczny, — rzekła nieszczęsna Tola, idąc za nim niechętnie.
Ale Tadzio jeszcze się nie uląkł. Piekło było daleko, a pokusa rozkoszy rybołóstwa z Cottonami bardzo blisko. Tola oglądała się nieustannie za siebie, jakby lada chwila miała wybuchnąć krzykiem, a to psuło Tadziowi całą zabawę. „Powiesić te dziewuchy!“ Tym razem Tadzio nie powiedział „wypaproszyć“. Nie pomyślał nawet o tem. Nie żałował jeszcze, że to raz powiedział, ale dobrze było nie kusić zanadto jednego dnia Nieznanych Sił.
Mali Cottonowie bawili się na dziedzińcu i powitali zjawienie się Tadzia okrzykami radości. Piotruś, Tomek, Adzio i Mira Cotton byli sami. Matka ich i starsze siostry wyjechały. Tola była rada, że przynajmniej zastała Mirę. Obawiała się, że będzie sama w tej gromadzie