Strona:Lucy Maud Montgomery - Ania z Wyspy.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


stronice i nie pozwala panience wtrącić ani słowa. Gdyby to w rzeczywistości zrobił, obiłaby go.
— Nie sądzę, — rzekła Ania urażona.
W duchu pomyślała sobie, że owe piękne, poetyczne rzeczy, które bohater jej mówił do Aweryli, podbiłyby serce każdej dziewczyny. Poza tem niepodobieństwem było pomyśleć, że Aweryla, ta wspaniała, królewska Aweryla mogłaby kogoś „obić“. Aweryla „odtrącała swoich wielbicieli“.
— A dalej, — ciągnął nielitościwy pan Harrison, — nie widzę powodu, dla którego Maurycy Lennox nie zdobywa jej ręki. Był dwakroć takim mężczyzną jak tamten. Robił złe rzeczy, ale robił je. Parsywal nie miał czasu robić czegokolwiek prócz wałęsania się.
„Wałęsać się“ — to było jeszcze gorsze niż „obić“!
— Maurycy Lennox był złym typem, — rzekła Ania z podnieceniem. — Nie rozumiem, dlaczego wszystkim podoba się on więcej niż Parsywal!
— Parsywal jest zbyt dobry. To go czyni nudnym. Następnym razem, gdy będziesz pisała o jakimś bohaterze, dodaj mu trochę zaprawy charakteru ludzkiego.
— Aweryla nie mogła poślubić Maurycego. Był on zły.
— Mogła go poprawić. Mężczyznę można poprawić. Ale ryby w galarecie oczywiście zmienić nie można. Opowiadanie twoje nie jest złe — jest dość zajmujące, to przyznaję. Ale jesteś za młoda, żeby pisać opowiadania, które wartoby było czytać. Zaczekaj dziesięć lat.
Ania postanowiła następnym razem, gdy napisze opowiadanie, nie prosić nikogo o ocenę. Było to zbyt zniechęcające. Gilbertowi postanowiła opowiadania nie przeczytać, chociaż wspomniała mu o niem.