Strona:Lucy Maud Montgomery - Ania z Wyspy.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Dlaczego? Właśnie w tej części jest pierwiastek humoru i jest to jedna z najlepszych części całego opowiadania, — zaprotestowała Ania.
Diana przezornie powstrzymała się od dalszej krytyki, ale pana Harrisona daleko trudniej było zadowolnić. Przedewszystkiem oświadczył jej, że w opowiadaniu jest o wiele za dużo opisów.
— Obetnij wszystkie te kwieciste miejsca, — rzekł bezwzględnie.
Ania doznała niemiłego przeświadczenia, że pan Harrison miał rację, i zmusiła się do skreślenia większości swoich ulubionych opisów, chociaż musiała całość trzy razy przepisywać, zanim opowiadanie zadowolniło wybrednego pana Harrisona.
— Opuściłam wszystkie opisy oprócz zachodu słońca, — rzekła wreszcie. — Tego jednego nie mogłam opuścić. Był najlepszy ze wszystkich.
— Nie ma on nic wspólnego z opowiadaniem, — rzekł pan Harrison, — a akcja nie powinna się odbywać w bogatych sferach miejskich. Co ty o tych ludziach wiesz? Dlaczego nie umieściłaś jej tutaj, w Avonlea, oczywiście zmieniając nazwę, gdyż inaczej pani Małgorzata Linde pomyślałaby oczywiście, że to ona jest bohaterką!
— O, toby obyło nieodpowiednie, — zaprotestowała Ania. — Avonlea jest najdroższem dla mnie miejscem na świecie, ale nie jest dość romantyczne dla mego opowiadania.
— Twierdzę, że niejedna tragedja i niejeden dramat rozegrały się w Avonlea, — rzekł pan Harrison sucho. — Ale twoi ludzie nie są tacy jak inni rzeczywiści ludzie. Mówią za wiele i używają zbyt kwiecistych wyrażeń. Jest tam miejsce, gdzie ten drab Dalrimple gada przez dwie