Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/65

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Epilog

Krwią szorowanych kafli rozprażona otchłań
na pożegnanie w jeden wielki akord blachy
uderza! Podskakują pokrywy na kotłach,
piły, sierpy, siekiery zwiększają rozmachy —
wychodzimy! Te same oświetlone stopnie
migocą pod stopami (serce w piersiach wali!),
przechodzimy przez halę oszkloną, i z hall
na powietrze!

Potężne uderzenia słońca
prasują asfalt, który wydaje się topnieć!
Szczebiot ptaków dobiega z dalekiego końca
ścieżki. Oddech obłoków, ziemi głośne tętno,
puls drzew, stukot dzięcioła, brzęczenie komarów,
składają się na światła rytmikę namiętną.

W tył zwrot! Ostatnie — jedno — spojrzenie — na parów!

Roztopionego żwiru ławica podpływa
pod fundamenty domu, który jak parowiec
dymi z czterech kominów i mglisty pokrowiec
rzuca na rzekę, która toczy się, leniwa.

Z daleka, nie wiadomo skąd, nadpływa podmuch
wiatru, lecz wnosić można z jego słonej woni,
że wykąpał się w morskich pumeksach i odmach,
zanim tu przywędrował. Wiatr ten puchy goni,
zerwane z anemonu wyprężonych łodyg,
jest to słaby wiatr. Niechaj siedem wiatrów młodych,
rozcinaczy chmur, bratu na pomoc przyfrunie,
niechaj zamącą niebios niezgłębionych pychę!

Tu-u-u! Dreszcz przechodzi nagły po traw bujnym runie,