Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kierujesz przez śnieżyste hiacyntów zwały
ku ścieżce, którą drzewa słońcu odebrały,
Idź tędy! Zaprowadzi cię w końcu ta ścieżka
do przestronnego domu, w którym nikt nie mieszka,
a jednak światło życia w pokojach się pali!
Przejdziesz przez drzwi błyszczące, wykute ze stali
na dziedziniec, oblany zapachem ogrodów;
potem lotna galeria oświetlonych schodów,
podestów marmurowych, mosiężnych balustrad,
potem mała rotunda, zatopiona w lustrach,
w powierzchniach, w nachyleniach, w tłumie kolumn jońskich,
wśród których błądzą lekkie zielone stoliki,
na nich leżą czasopism pogniecionych pliki
i wielkie popielniczki w kształcie czaszek końskich,
Tę salę miniesz, potem jeszcze jedną salę,
i staniesz przed szerokim kamiennym portalem.


Pierwsze przejście przez kuchnię

Stąd już się wchodzi w lśniących kafli białą
potrzaskaną przez suche błyskawice blachy.
Powietrzem płyną gęste, wilgotne zapachy,
idące od roztworów, gotowanych w kotłach.
Brzęk pokryw, roztańczonych nad kipielą słoną!
Syk, jakby ukręcono kurki stu syfonom!
Tak męczy się ocean, uwięziony w kranie.
Rury drgają kurczowo i rzężą jak krtanie,
lecz aby było widniej w atmosferze mglistej,
doprowadzają z góry strumień wody czystej.

Para wciska się wszędzie. Drżącymi kroplami
osiada na matowych rękojeściach noży,
w miednice ścieka, w kubłach wodę mnoży.
śniedzią pokrywa mosiądz, aluminium plam
i takimi chmurami pod pułap się smuży,