Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/59

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Kuchnia mojej matki
Zbigniewowi Uniłowskiemu  —
bez którego nigdy by nie powstała
— pracę tę poświęcam.
Introdukcja

Podziemnym korytarzem, labiryntem krętym
schodzi się w lej, głęboki na dwadzieścia pięter,
aż na dno, zawilcami porośnięte.

Wśród kwiatów usiąść trzeba; potem czekać długo,
aż światło się zapali niebieskawą smugą
i odsłoni po lewej stronie przepaść drugą.

Wtedy schylić się nad nią. Przepaść ta porywa
w dół głową: oczy zamknąć, wyprostować nogi!
Nie schodzi się tamtędy, lecz po prostu spływa.

I ciało zstępujące sen ogarnia błogi,
sen, który wypoczynkiem jest, do dalszej drogi
przygotowaniem, winem i kąpielą.
Zaśnij,
i śpij tak dwie godziny!
Elektrycznym wstrząsem
wyrwany z ołowianych uścisków narkozy,
budzisz się w słońcu, które kochasz. Pniami dziąseł
smakujesz wiatr poranny i stóp zwinnych płoży