Strona:Lucjan Siemieński-Portrety literackie.djvu/319

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dwa lata rozwijał z nieporównanym talentem wszystko to, co bystry wzrok jego ogarniał na polu utworów literatury Słowian i ich historyi; wnikał w ich ducha, porównywał między sobą i odnosił do starszéj cywilizacyi na zachodzie. Były to rzeczy całkiem z nowéj ukazane strony, drgające świeżem życiem. Profesor niepoprzestając być poetą umiał wszystko ożywić, a tém samem wzbudzić interes Francyi, przekonanéj, że po za jéj granicami, świat niedaleko się kończy.
Najbardziéj zaś to uderzyło w jego poglądach, że natrafiał na takie miejsca w kronikach lub pieśniach, co podniesione przez niego, wylatywały w górę jak race i rozświecały cały horyzont zamierzchłych wieków — w bliższych zaś, zawsze palcem namacał najsilniéj bijące tętno. Zgoła wcielał zamarłe słowo.
W następnych dwóch latach wykład się zmienił: literatura była tylko rzeczą podrzędną, a idea profesora nieobjęta w programacie, prawie wszystkiem.
Zkądżeż ta zmiana?
W r. 1841 Ludwik Filip sprowadził był zwłoki Napoleona z wyspy św. Heleny. Na ten wielki ceremoniał garnęli się ludzie do Paryża z różnych