Strona:Lucjan Siemieński-Portrety literackie.djvu/297

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


między prośbą przyjaciela a nagleniem rzucił kilka wyrazów:

Nieznajoméj, dalekiéj, nieznany, daleki,
Kiedy nas jeszcze daléj losy chcą rozegnać:
Posyłam, by cię razem poznać i pożegnać
Dwa wyrazy: „Witam cię!“ „Bądź zdrowa na wieki.“

Byłoż to przeczucie w tém pożegnaniu „na wieki,“ że nigdy już niemiał Litwy zobaczyć? Niestety, wieszczy duch jego często czytający w odległéj przyszłości i tym razem niepomylił się.

„Po śniegu, coraz ku dzikszej krainie
Leci kibitka, jako wiatr w pustynie;
I oczy moje, jako dwa sokoły
Nad oceanem nieprzejrzanym krążą
Porwane burzą do lądu niezdążą,
A widząc obce przed sobą żywioły,
Niemają kędy spocząć, skrzydła zwinąć,
W dół patrzą, czując że tam muszą zginąć...“

Tak on zaczyna opis swojéj podróży na północ — do Petersburga. Zawieziony do téj stolicy zostawał tam czas niedługi, doznając ile się zdaje wiele wrażeń w towarzystwie światłych Rosyan — tam zapewne musiał zrobić i znajomość z Puszkinem, który tém był dla Rosyan, czém Adam dla swoich, z różnicą plemiennego ducha. — Pobyt ten pamiętny jest sławną Odą, do Młodości, którą napisał w uniesieniu płomiennem. — Nigdy jeszcze z pod