Strona:Lubiński - Wianek z Górnego Śląska.djvu/26

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Już nieprzyjaciel tak bliski u murów,
Iż ucho polskie głośne rozpoznaje
Szydercze niemieckich urąganie ciurów;
A jednak ramię odwetu nie daje,
Tylko się dumne czoło polskie mroczy,
A ku wodzowi zwracają się oczy.

Wódz zaś, co właśnie był posła ze wzgardą
Odprawił, stoi jak zaczarowany:
Bladość pokryła jego twarzę hardą,
Przyćmiony bystry wzrok, łzami zalany,
Dzielna prawica darmo za broń chwyta,
Lewa jak gwałtem do łona przybita.

Już na pięćdziesiąt kroków wróg przed murem —
Zadrzał Karliński, oczy podniósł w górę,
Znak krzyża zrobił i głosem ponurym:
Ognia! Pal! krzyknął i sam pierwszy chmurę
Kartaczów rzucił w rakuskie sołdaty,
I chórem zagrały polskie armaty.

Poszły w rosypkę tłumy najezdników,
Zamek ocalał, zwycięztwo zupełne;
Lecz w twierdzy smutek, nie słychać wykrzyków
Wesołych, wszystkie serca żalu pełne: