Strona:Lubiński - Wianek z Górnego Śląska.djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Mężnych rycerzy i panów i królów i godnych kapłanów;
Szybko mijają lata, jak wody Wisły szumiącej,
Ale żaden nie stawił wiek pomnika na grobach.
Bluszczem okryty krzyż lub wierzba płacząca jedyną
Ich ozdobą i naszych wielkich przodków nagrodą.
Płaczmy! — nie nasza w tem wina, bo kto nam zarzuci niewdzięczność!
Od śnieżystych szczytów Krępaku do brzegów Bałtyku,
Od porohów dońskich do równin odrzańskich ogromna
Wznosi się jedna mogiła, — to święte zwłoki Ojczyzny.

Ciało i członki Polski zhańbione, poszarpane,

    Moskale w obawie, żeby uroczystość odsłonienia pomnika nie stała się przyczyną wybuchu gwałtem przytłumionych uczuć i zamysłów wielu set tysięcy Polaków w Częstochowie, a dalej i w całym kraju. Tymczasem oglądano jednego rana we wrześniu t. r. posąg błyszczący się w jesiennym słońcu, Kordeckiego z koroną laurową na głowie, kirem okrytego, płótno zaś okrywające go podarte, szragany połamane. Śledztwa przez Moskalów dla odkrycia śmiałych sprawców odbyte, były bezskuteczne.