Strona:Lewis Wallace - Ben-Hur.djvu/388

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— W takim razie nie zemknę pierwszy!
Odpowiedź im się podobała, a posłaniec mówił dalej:
— Zdajesz się być dość silnym, więc chodź!
Ben-Hur zrzucił również wierzchnie suknie.
— Myślicie, że przyjdzie do bójki? — rzekł spokojnie, przyciągając pasa?
— Tak.
— Z Nim?
— Ze strażą.
— Czy na straży stoją legioniści?
— Komuż, jeśli nie im mogliby Rzymianie straż powierzyć?
— Czemże walczyć będziecie?
Spojrzeli na niego, nic nie odpowiadając.
— Dobrze — mówił — i tak damy sobie radę, będziemy robić, co będzie w naszej mocy; powinniśmy jednakże mieć dowódzcę, legioniści mają zawsze wodza i dlatego działają zgodnie.
Galilejczycy patrzeli ciekawie i zdało się, jakoby im ta myśl była nową.
— Przynajmniej trzymajmy się razem — rzekł — jestem gotów, a wy?
— Także, chodźmy!
Trzeba nam pamiętać, że gospoda była w Bezeta czyli w nowem mieście, i że, aby dojść do Pretorium, jak Rzymianie nazywali pałac Heroda na górze Syonu, trzeba było przejść ciasne i brudne zaułki, otaczające od północy i zachodu Świątynię. Uliczkami — jeśli je tak nazwać można — wiodącemi z północy na południe przeszli drogę, okrążyli wzgórek Azra i doszli do wieży Mariamne, skąd już prosta droga wiodła do bramy pałacu. Wśród drogi rosła gromadka, bo przyłączali się do niej i inni, oburzeni wieścią o zamierzonem świętokradztwie.
U bramy w Pretorium dowiedzieli się, że pochód rabinów i starszych świątyni co tylko tędy przeszedł; wielki i głośno lamentujący tłum ludu pozostał na zewnątrz.
Wejścia pilnował setnik z dobytym mieczem, w pełnej zbroi, stojąc u stóp pięknej marmurowej strażnicy, zaopatrzonej blankami