Strona:Lewis Wallace - Ben-Hur.djvu/383

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— O moja pani, a gdzie Tirza?
— Tu jestem, Amro.
Wyrazy te przypomniały Amrze jej obowiązki służby. Odsuwając włosy, co jej na twarz spadały, poszła i odkryła kosz, mówiąc:
— Oto chleb i mięso.
Chciała rozłożyć obrus na ziemi, ale pani rzekła:
— Nie czyń tego, obrzuciliby cię kamieniami, którzy stoją u źródła, a nam odmówiliby wody. Zostaw kosz, a dzban napełnij wodą i przynieś go nam. Zapasy zabierzemy do jaskini. Na dziś oddałaś nam wielką przysługę. Spiesz się.
Ludzie, którzy patrzeli na to, co się stało, pomogli słudze napełnić dzban, bo litość nad jej boleścią wzruszyła ich serca.
— Co to za jedne? — pytała jakaś kobieta.
— Wyświadczyły mi niegdyś wiele dobrego — odparła Amra.
Wziąwszy dzban na ramię, szła ku nim spiesznie i byłaby w zapomnieniu całkiem się zbliżyła, gdyby ją nie wstrzymał okrzyk: „Nieczyste, strzeż się!“ Postawiła więc kosz i dzban, zatrzymując się opodal.
— Dzięki ci, Amro! — rzekła pani. — Jakże dobrą jesteś!
— Powiedz, o pani, ażali mogę co więcej dla was uczynić? — pytała Egipcyanka.
Ręka matki spoczęła na dzbanie, a pragnienie dokuczało jej, przecież wstrzymała się, mówiąc:
— Tak, wiem, że Juda wrócił w domowe progi. Przeszłej nocy widziałam go śpiącego na stopniach u bramy. Widziałam, gdy go zbudziłaś.
Amra załamała ręce.
— Ty? pani moja, byłaś tam i zdołałaś nie dać się poznać?
— Uczynić to, było to samo, co go zabić! Nigdy, o nigdy nie uścisnę go więcej! Nigdy nie dotknę ust jego! O Amro, Amro, wiem jak go miłujesz!
— Tak — odparła kobieta i padłszy na kolana, wybuchnęła płaczem. — Dla niego oddałabym życie z rozkoszą.
— Daj dowód tego, co mówisz.
— Jestem na wszystko gotowa.