Strona:Lewis Wallace - Ben-Hur.djvu/382

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Wstała i poszła ku nim, niosąc kosz i dzban. Hałas u źródła ustał, a w zamian ktoś, śmiejąc się, rzekł:
— Jaka głupia, któż takie dobre pożywienie daje umarłym?
— I chciało się jej iść tak daleko! — rzekł inny — kazałbym im raczej przyjść do bram miasta po jałmużnę.
Amra głuchą była na te uwagi i szła za popędem swego serca. A jeśli się myliła! W miarę jak szła, wątpliwości rosły. Gdy nie więcej jak pięć metrów dzieliło ją od miejsca, na którem stały nieszczęśliwe, zatrzymała się.
Toż to ma być jej ukochana pani, której rękę tak często wdzięcznymi okrywała pocałunkami? Jej pani, której szlachetną postać przechowywała w żywej pamięci! A to, toż ma być Tirza, którą piastowała, gdy była dziecięciem? Onażby to być miała, owa śmiejąca się, łagodna i śpiewająca Tirza! Ona, światło wielkiego domu, błogosławieństwo jej starości! To ona? Czyż to być mogą jej pani i jej ukochane dziecię! Czy to one?
— Ależ to stare niewiasty! — rzekła do siebie. — Nie widziałam ich nigdy.
I odwróciła się.
— Amro!... — rzekła jedna z trędowatych.
Egipcyanka na te słowa upuściła dzban i drżąc cała, spojrzała na nie.
— Kto mnie wołał? — spytała.
— Amro!...
Zdziwione oczy sługi spoczęły na twarzy mówiącej.
— Kto wy jesteście? — krzyknęła, nie wierząc, aby to mogły być jej panie.
— Jesteśmy te, których szukasz.
Amra padła na kolana.
— O moja pani, moja pani! Niech będzie pochwalonym Bóg twój, Bóg, którego moim uznałam, niech będzie pochwalonym za to, iż mnie tu przywiódł.
Mówiąc te słowa, zbliżała się, czołgając na kolanach.
— Stój, Amro! nie zbliżaj się do nas — nieczyste, nieczyste!
Ostrzeżenie wystarczyło, Amra padła na twarz, łkając tak głośno, że ludzie u źródła słyszeli ją. Nagle podniosła się, pytając: