Strona:Lew Tołstoj - Djabeł.djvu/82

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Z końcem sierpnia przyszła na świat milutka, zdrowo dziewczynka. Niebezpieczeństwa nie było żadnego, Irtenjewowie wrócili we wrześniu do domu już we czworo, z dzieckiem i karmicielką. Eugenjusz pozbywszy się poprzednich wrażeń, czuł się zupełnie nowym i szczęśliwym człowiekiem. Teraz po urodzinach córki jeszcze silniej pokochał żonę. Kiedy trzymał dziecko na rękach, doznawał zgoła nowych, jakichś śmiesznych, mile drażniących uczuć. A prócz zajęć gospodarskich, dzięki zbliżeniu z Dumczynym (owym marszałkiem gubernjalnym) myślał coraz więcej o sprawach publicznych, w części uznając obowiązek pracy społecznej, w części przez ambicję. W październiku miało się odbyć nadzwyczajne zebranie ziemian, na którem miano go wybrać do reprezentacji ziemskiej. Jeździł też w tej sprawie i do miasta i do Dumczyna.
O dawnych mękach pokusy i walk wewnętrznych przestał nawet myśleć. Czasami przedstawiało mu się to czemś w rodzaju chwilowego szału i zaćmienia umysłu, które nań spadło i minęło.
Tak czuł się pewnym siebie i swobodnym, że gdy raz został sam w kancelarji z pisarzem, nie zawahał się wprost zapytać o Stepanidę. Nie żenował się, bo nie pierwszy raz mówił o niej z pisarzem.
— A co? Sydor Piecznikow nieszka tutaj? — zapytał.