Strona:Lew Tołstoj - Djabeł.djvu/58

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Tak, tak — mówił zdejmując i wkładając pince-nez, a myślał równocześnie: widocznie niema dla mnie ratunku przed nią.
Nie patrzył na nią, bojąc się jej uroku — ale dlatego właśnie, że widział ją tylko z ukosa i jakby ukradkiem, wydała mu się szczególniej pociągającą. Zauważył również z błysku jej oczów, że ona obserwuje go i widzi jego zachwyt, postał chwilę dla przyzwoitości a zauważywszy, że Barbara Aleksówna zawołała ją i zaczęła z nią mówić dość niezręcznie i nieszczerze nazywając ją „kochasiu“, odwrócił się i skierował do domu. Poszedł aby jej nie widzieć, ale znalazłszy się u siebie, sam nie wiedząc poco i dlaczego, zbliżył się do okna i jak długo kobiety stały pod gankiem, patrzył na nią. Patrzył i upajał się.
Potem wybiegł, korzystając z tego, że go nikt nie widzi, na taras, a zapaliwszy papierosa, puścił się nibyto dla przechadzki w ogród, w tę stronę, w którą ona się skierowała. Zaledwie postąpił kika kroków w alei, gdy za drzewami błysnął jej plisowany stanik bez rękawów, żółta zapaska i czerwona chusteczka na głowie. Szła dokądś z drugą kobietą „Dokąd one idą?“ błysnęło mu w głowie.
I naraz paląca chuć namiętności objęła go jak pożarem, ściskajac mu serce aż do bolu. Jakby idąc ślepo za czyimś rozkazem i cudzą wolą, oglądnął się naokoło siebie i puścił za nią.