Strona:Lew Tołstoj - Djabeł.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


o poprzednich swych niepokojach i poszedł do stajni. I znowu przypadkiem czy też umyślnie — tylko co wyszedł z domu — nawinęła się czerwona zapaska i chusteczka i kołysząc się całą postawą przeszła obok niego. Minąwszy go, podbiegła do swej towarzyszki.
A jemu przypomniały się gorące, letnie południa, pokrzywa, sad leśnej strażnicy i w cieniu leśnym jej uśmiechnięta twarz i usta.
— Eh, tak nie można tego zostawić — pomyślał wchodząc do kancelarji.
Było samo południe, ale zastał jeszcze pisarza. Stał ziewając i wyciągając się i słuchał opowiadanie pastucha.
— Wasilij Nikołajewicz.
— Co rozkażecie?
— Mam do was dwa słowa.
— Co rozkażecie?
— Skończcie z nim.
— Nu, czemu nie przyniesiesz?
— Ciężko, Wasilij Nikołajewicz.
— Co takiego? — zapytał Eugenjusz.
— Krowa ocieliła się w polu. Każę zaraz zaprząc konie. Każ niech Nikoła założy Łysą choćby do małego wózka.
Pastuch wyszedł.
— Otóż widzicie — zaczął Eugenjusz rumieniąc się — otóż widzicie Wasilij Nikołajewicz. Ja