Strona:Lew Tołstoj - Djabeł.djvu/51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— To też i gorączka z tego, febra z wilgoci — twierdziła Barbara Aleksówna, nie uważając, że te słowa sprzeciwiają się poprzednim. — Mój doktor zawsze mi mówił, że nigdy nie można określić choroby, nie znając charakteru chorej. No, a to pierwszorzędny lekarz i zna się. Bierze od nas sto rubli. Nieboszczyk śmiał się z doktorów, ale mnie niczego nie żałował.
— Jakże mężczyzna może żałować czegoś dla kobiety, kiedy i jej życie i dziecka, zależy może od...
— Ba, jak jest z czego, to żona nie zależy od męża. Dobra żona będzie i posłuszna — rzuciła Barbara Aleksówna — tylko Liza jeszcze za słaba po swojej chorobie.
— Ależ nie, mamo, doskonale, mi. Co to? Nie podali mamie przegotowanej śmietanki?
— Nie, nie trzeba. Wypiję i z surową.
— Pytałam się Barbary Aleksówny, nie chciała — usprawiedliwiała się Marja Pawłówna.
— Bo nie mam ochoty dzisiaj. I jakby chcąc przerwać niemiłą rozmowę i wspaniałomyślnie ustępując, Barbara Aleksówna zwróciła się do Eugenjusza.
— A co, rozsypaliście fosforyty?
Liza pobiegła po śmietankę.
— Ależ ja nie chcę, nie trzeba.