Strona:Lew Tołstoj - Djabeł.djvu/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Dla mnie moje przyszłe życie rodzima, to świętość, której ja w żadnym razie nie naruszę, co było w kawalerskim stanie, to skończone wszystko. Nie związałem się z nikim i nikt niema do mnie prawa.
— Cieszy mnie to — rzekła matka — wiem, że zawsze myślałeś uczciwie.
Eugenjusz wziął słowa matki za hołd należny mu i umilkł.
Nazajutrz rano pojechał do miasta, myśląc o narzeczonej i o różnych sprawach, tylko nie o Stepanidzie. Ale widocznie los chciał sam przypomnieć. Dojeżdżając do cerkwi zaczął spotykać ludzi, wychodzących stamtąd, Matwija, staruszka z Siemionem, jakieś dzieci, dziewczęta, potem dwie kobiety; jedna była już starsza, druga — wydała mu się, znajomą — ubrana była w jaskrawo czerwoną chustkę na głowie. Szła lekko i szybko niosąc dziecko na ręku. Zrównał się z niemi, starsza pochyliła mu się starym zwyczajem do kolan, młodsza zaś uchyliła tylko głowy, a pod chusty błysnęły ku niemu znajome, wesołe i pełne uśmiechu oczy...
„Aha — to ona. No, wszystko skończone, niema co patrzeć. A chłopak — może i mój“ przemknęło mu przez głowę. „Eh, głupstwo. Był grzecież mąż w domu, przyjeżdżał“. Nie zastanowił się dłużej nad tem. Już dawno przekonał się że to było potrzebne dla zdrowia, płacił za to, cóż więcej? Związku żadnego nie było i nie mogło być. Nie