Strona:Lew Tołstoj - Djabeł.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Eugenjusz zastał matkę wesołą i zadowoloną, Urządzała dom, a sama zbierała się do odjazdu, skoro tylko syn przywiezie żonę. Eugenjusz namawiał ją do pozostania, kwestja została nierostrzygniętą.
Wieczorem, jak zwykle, po herbacie Marja Pawłówna kładła pasjansa. Eugenjusz siedział obok i pomagał jej. Był to okres najserdeczniejszych między nimi rozmów. Skończywszy kłaść karty, Marja Pawłówna spojrzała na syna i zakłopotana cokolwiek zaczęła mówić:
— Chciałam ci powiedzieć, Żenią... Rozumie się, nie wiem nic... ale wogóle chciałam ci poradzić, abyś przed ślubem pozałatwiał wszystkie swoje kawalerskie sprawy, żeby ci już nic potem nie wchodziło w drogę, albo broń Boże! żonie. Rozumiesz mię?
Naturalnie, Eugenjusz zrozumiał natychmiast, że to był przytyk do jego stosunków ze Stepanidą, które ustały już od jesieni, a którym matka, jak zwykle samotne kobiety, przypisywała więcej znaczenia niż miały w istocie. Eugenjusz poczerwieniał nie tyle ze wtydu, ile z gniewu, że dobra Marja Pawłówna miesza się — co prawda z miłości — w te sprawy, w które nie powinna wglądać, których nie rozumie i nie jest w stanie pojąć. Odpowiedział że niema nic takiego, z czemby musiał się ukrywać