Strona:Lew Tołstoj - Djabeł.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


oczy, słyszał głęboki jej, piersiowy głos, czuł zapach silnego, świeżego ciała i w oczach mu migała jej wysoka pierś, podnosząca fartuszek — wszystko to jawiło się na tle leszczynowej gęstwiny, oblanej złotem słońcem.
I chociaż żenowało go to, zwrócił się znów do Daniły, naznaczywszy schadzkę w lesie, w południe. Tym razem jednak przypatrzył się lepiej Stepanidzie i podobała mu się bardzo. Spróbował mówić z nią, zapytał o męża. W istocie był to syn Mychaiła, który poszedł za woźnicę do Moskwy.
— No? a Ty, jakżeż...? — Eugenjusz chciał zapytać, jak ona może zdradzać męża.
— Cóż — jakżeż? — powtórzyła. Widocznie domyślała się, o co chce pytać.
— No — jakże możesz tutaj przychodzić?
— Oto! — odpowiedziała wesoło. — On tam hula, a mnie nie wolno?
Widocznem było, że chciała się wydać bardziej zuchowatą, a nawet rozwiązłą, niż była wistocie. Podobało się to Eugenjuszowi. Ale i teraz nie naznaczał jej powtórnego spotkania, a nawet kiedy ona zaproponowała, żeby się schodzili bez wiedzy Daniły, którego nie lubiała, nie zgodził się na to. Miał nadzieję, że widzą się po raz ostatni. Podobała mu się, wierzył, że tego rodzaju stosunek jest koniecznością, że niema w tem nic złego, a przecież w głębi duszy tkwił w nim surowszy sąd,