Strona:Lew Tołstoj - Djabeł.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Widocznie on wie coś takiego, czego ja nie wiem“, myślałem o pułkowniku. Gdybym wiedział to, co on wie, rozumiałbym i to, co zobaczyłem i nie mączyłbym się“. Ale mimo rozmyślań, nie mogłem nic pojąć i zasnąłem dopiero koło wieczora, po bytności u przyjaciela, skąd wróciłem zupełnie pijany.
Myślicie, ze ja uznałem wówczas za złe to co widziałem? Bynajmniej. Ale pojąć tego wszystkiego w dalszym ciągu nie mogłem i dlatego nie wstąpiłem do służby wojskowej, choć miałem dawniej ten zamiar. Ani do żadnej innej służby i jak widzicie, nigdzie się na nic nie przydałem.
— To my wiemy, jak się pan nigdzie nie nadaje — rzekł jeden z nas. — Lepiej niech pan powie: ileż to ludzi zeszłoby na nic, gdyby pana nie stało.
— To już zawiele naprawdę — z żywym gniewem rzekł Iwan Wasyljewicz.
— A cóż miłość? — spytaliśmy.
— Miłość? Miłość od tego dnia rozwiała się. Gdy ona, co jej się często zdarzało, zamyślała się z swym cudnym uśmiechem na twarzy, zaraz przypomniał mi się pułkownik na placu zamiejskimi robiło mi się wtedy nieprzyjemnie i zacząłem coraz