Strona:Lew Tołstoj - Djabeł.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Iwan Wasyljewicz nagle poczerwieniał i prawie krzyknął z gniewem:
— Otóż to wy, młodzież teraźniejsza. Nie widzicie nic poza ciałem. Za naszych czasów było inaczej. Im bardziej byłem zakochany, tambardziej bezcielesną istotą stawała się ona dla mnie — Wy teraz widzicie nogi i tak dalej, obnażacie w myślach kochane kobiety, ja zaś jak Alfons Karr — dobry to był pisarz — przedmiot mej miłości widziałem zawsze jak w pancerzu. My nietylko nie odsłanialiśmy się przykryć nagość, jak dobry syn Noego. Ale wy nie zrozumiecie.
— Proszę go nie słuchać. Cóż dalej? — rzucił ktoś z obecnych.
— A więc tańczyłem z nią i nie zauważyłem, że czas uciekał. Muzykanci z wrażeniem zmęczenia — wiecie jak to bywa pod koniec balu — powtarzali ciągle ten sam motyw mazura, z dalszych pokoi powychodzili od karcianych stolików ojcowie i matki czekając na kolację, lokaje przebiegali coś roznosząc. Była godzina trzecia. Trzeba było korzystać z ostatnich chwil. Wybrałem ją raz jeszcze i po raz setny okrążyliśmy salę.
— A więc po kolacji mój kardyl — rzekłem, prowadząc ją na miejsce.
— Naturalnie, jeżeli mię nie zabiorą, — odpowiedziała uśmiechając się.