Strona:Lew Tołstoj - Śmierć Ivana Iljicza.djvu/72

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nalną do kwadratów z odległości od śmierci,“ — pomyślał z goryczą, i obraz spadającego ze wzrastającą, szybkością kamienia głęboko zapadł mu w duszę. Życie, jako szereg zwiększających się cierpień, z nieubłaganą celowością dąży do najwyższego ludzkiego cierpienia — do śmierci.
— „Ja także spadam“ — myślał.
Wzdrygnął się, zadrżał i poruszył, jak gdyby chciał się zatrzymać. Ale zatrzymać się było istném niepodobieństwem. Godził się z tém pomału, i zmęczonemi oczyma wpatrywał się bezmyślnie w pokrycie kanapy, w oczekiwaniu upadku i ostatecznego rozbicia.
— „Oprzéć się niéma sposobu, — mówił sam do siebie, — ale gdyby chociaż zrozumiéć dlaczego?“
Niepodobna. Trzebaby chyba przypuścić, że nie żyło się tak, jak należy. No, a tego przecież przypuścić nie można. I przypomina sobie legalność, takt i umiarkowanie całego swego życia. Nie, tego stanowczo przypuścić niepodobna, powtarzał, uśmiechając się z przymusem, jak gdyby miał jakiegoś niewidzialnego świadka i chciał go tym uśmiechem oszukać. Niema wyjaśnienia! Męczeństwo, śmierć... Dlaczego?




ROZDZIAŁ XI.

Tak upłynęło znowu dwa tygodnie. W tym czasie zaszedł nareszcie wypadek oddawna przez oboje małżonków pożądany. Petryszczew oświadczył się formalnie.
Było to wieczorem. Nazajutrz zrana Praskowia Teodorówna weszła do pokoju męża, namyślając się przez drogę, w jaki sposób oznajmić mu radosną nowinę. Ale w nocy stan Iwana Iljicza pogorszył się znacznie. Zastała go na kanapie, leżącego