Strona:Lew Tołstoj - Śmierć Ivana Iljicza.djvu/70

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ROZDZIAŁ X.

Upłynęło znów dwa tygodnie. Iwan Iljicz nie wstawał już wcale. Nie chciał pozostać w łóżku i spędzał całe dni na kanapie. I leżąc tak z twarzą zwróconą do ściany, znosił samotnie nieustanne cierpienia, walcząc z tłoczącémi się wątpliwościami, których rozstrzygnąć nie umiał.
— „Czy to śmierć?“ — pytał z przerażeniem. A głos wewnętrzny odpowiadał: „Tak, śmierć.“ — „Ale pocóż te męki bezcelowe?“ — A głos potwierdzał: „Tak, bezcelowe,“
Po za tém nic.
Od samego początku choroby, od chwili, kiedy Iwan Iljicz po raz pierwszy udał się do doktora, życie jego rozpadło się na dwa wręcz sobie przeciwne prądy: z jednéj strony rozpacz i wyczekiwanie tajemniczego, okropnego aktu, jakim jest śmierć, — z drugiéj nadzieja i pełna interesu nieustanna obserwacya nad działalnością swego organizmu. Pod oczyma albo kręciła się nerka, odmawiająca chwilowo spełniania właściwych funkcyj, lub téż stawała bez żadnych obsłonek, w całéj nagości i grozie śmierć niepojęta i bezlitosna, przed którą niéma ucieczki.
Dwa te prądy zmieniały się i wykluczały wzajemnie; ale im daléj posuwała się choroba, tém wątpliwszemi i mniéj realnemi stawały się jego pojęcia o nerce, a coraz wyraźniéj występowało poczucie zbliżającéj się śmierci.
Dość mu było porównać, jakim był przed trzema miesiącami i jakim jest teraz, przypomniéć, jak stopniowo znikały jego złudzenia, ażeby stracić nawet cień nadziei.
W ostatnich chwilach osamotnienia, w jakiem upływało mu życie, osamotnienia wśród ludnego miasta, licznych znajomych i rodziny, osamotnienia tak zupełnego, że zupełniejszego