Strona:Lew Tołstoj - Śmierć Ivana Iljicza.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przed nim twarda, nieugięta, nielitościwa... Nie traci jeszcze nadziei, chce się skryć przed nią, uciec, odgrodzić... Lecz ból w boku przypomina mu ciągle okropną rzeczywistość, — i zgnębiony, wyczerpany, bezsilny, poddaje się z rozpaczą losowi. A śmierć patrzy mu prosto w oczy z po za kwiatów.
Cóż go obchodzi wszystko inne!
I w jakiż sposób, w jakich okolicznościach przegrał to życie?
Tu, właśnie w tém miejscu, przy tym nędznym gzemsie, jak żołnierz w czasie szturmu. Czy podobna? Jakie to głupie i straszne zarazem! To być nie może! Nie może — a jednak jest.
Odchodził do gabinetu, kładł się i był znowu sam jeden, oko w oko ze swą myślą tyranem.
Co począć?
Nic. Patrzeć na zbliżające się widmo i stygnąć powoli.




ROZDZIAŁ VII.

Trudno określić, jak się i kiedy to stało, ale w trzecim miesiącu choroby Iwana Iljicza wiadomo już było i żonie, i córce, i synowi, i służbie, i znajomym, a co najważniejsza i jemu samemu, że dni życia jego są policzone, że chodzi już tylko o to, jak prędko przestanie krępować wszystkich swą obecnością i uwolni się sam od cierpień.
Spał coraz mniéj; dawano mu opium, a doktor zaczął nawet wstrzykiwać morfinę. Głuchy niepokój, jakiego doświadczał w stanie półsennym, z początku przynoszącym mu pewną ulgę, stał się w następstwie większém jeszcze udręczeniem, niż jawny ból fizyczny.