Strona:Lew Tołstoj - Śmierć Ivana Iljicza.djvu/47

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


myślał. W jego wyobraźni dokonywała się pożądana naprawa organizmu. Działalność pojedynczych organów wzmagała się lub słabła w miarę potrzeby, powracała regularność funkcyj, następowało odrodzenie. Nie było w tém nic nadzwyczajnego, — pomoc okazana naturze — nic więcéj. Przypomniał sobie o lekarstwie i podniósł się, aby je zażyć, a potém leżąc na wznak, zagłębił się myślą w działalności leczniczego środka. Zdawało mu się, że czuje, jak ból z cicha i zwolna ustaje.
Tylko brać regularnie lekarstwo i unikać szkodliwych wpływów, a będzie coraz lepiéj; polepszenie jest już widoczne.
Pomacał bok chory i bolu nie uczuł.
Nie podobna wątpić, choroba stanowczo przybiera szczęśliwy obrót.
Zagasił świecę i przewrócił się na bok... Wszystko dobrze, spokojnie.
Nagle uczuł znowu ten sam, znany mu dobrze, stary, głuchy ból, cichy a uporczywy; ten sam wstrętny smak w ustach. Zakręciło mu się w głowie, serce mocniéj uderzyło.
— „Boże, Boże! — zawołał z rozpaczą, — więc znowu, znowu! Ach! to się już nigdy nie zmieni!
I naraz wszystko ukazało mu się w odmienném świetle:
— „Katar, nerka?... Nie o nerkę tu chodzi, lecz o śmierć i życie. Tak, życie uchodzi, ucieka, i nie mogę go wstrzymać. I na cóż się zdało łudzić i oszukiwać? Wszak wszyscy, oprócz mnie, widzą, że umieram. Dla nich jest to już tylko kwestya czasu: tygodni, dni, może godzin. Był dzień, a teraz nastała noc, ciemność... Ale cóż daléj?“
Zrobiło mu się zimno. Z zapartym oddechem, zwinięty w kłębek, nieruchomy, leżał tak na pół przytomny, wsłuchując się w uderzenia własnego serca.
— „Nie będzie mnie — i cóż z tego? — myślał. — Nic się tu nie zmieni. Ale gdzie ja będę, gdy mnie tu nie stanie?... Śmierć? Noc, nie chcę, nie chcę!“
Podniósł się gwałtownie, aby zapalić świecę, drżącemi rę-