Strona:Lew Tołstoj - Śmierć Ivana Iljicza.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Odpocząć? Po co? Niéma żadnéj potrzeby, nie jest wcale zmęczony, dograją jeszcze robra.
Nikt mu nie przeczy, ale wszyscy siedzą posępni i milczący. On czuje, że to jego wina, że on tę posępność wywołał i teraz nie umie jéj rozproszyć.
Podają wieczerzę.
Goście rozjeżdżają się, i Iwan Iljicz zostaje sam ze swemi myślami, z poczuciem zatrutego życia i świadomością, że samo jego zbliżenie zatruwa życie innym. A ta trucizna działa coraz wyraźniéj i silniéj, przenika całą jego istotę.
Z tém poczuciem, z przerażeniem i bolem fizycznym w dodatku, trzeba się położyć do łóżka i męczyć przez większą część nocy. A z rana znowu wstawać, ubierać się, jechać do sądu, mówić, pisać, myśléć... A nie pojechać, zostać w domu — to znaczy: siedziéć samemu przez całą dobę, przez całe 24-ry godziny, z których każda jest wiekiem męczarni. I to życie nad brzegiem przepaści pędzić musi sam jeden bez żadnéj przy sobie ludzkiéj istoty, któraby cierpienia jego rozumiała i współczuła z niemi.




ROZDZIAŁ V.

Tak upłynęło parę miesięcy. Około Nowego Roku przyjechał do nich szwagier. Iwan Iljicz był właśnie w sądzie, Praskowia Teodorówna wyjechała na miasto po sprawunki. Za powrotem do domu, Iwan Iljicz zastał gościa w gabinecie, zajętego wyjmowaniem rzeczy ze skórzanéj podróżnéj walizy. Był to zdrowy, sangwiniczny wieśniak. Posłyszawszy kroki, podniósł głowę i spojrzał na wchodzącego. Wzrok jego odsłonił choremu całą prawdę. Szwagier otworzył usta i chciał krzy-