Strona:Leo Lipski - Powrót.djvu/203

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    O pierwszej przyszedł doktor Wilczek.
    — Chce pani, abyśmy mu wpakowali kamforę i glukozę? Mógłby tak śpiewać ze trzy dni.
    Ewa odpowiedziała:
    — Nie.
    Myślała o świcie, w którym nie widziała dla niego już miejsca, i chciała, aby ta chwila nie skończyła się nigdy. Układała sobie swoje życie w skupieniu, uwadze, a jednocześnie wstawała w niej rozpacz. Chory, który leżał obok, podmacywał ją trochę i ona tego nie czuła; a może zresztą czuła.
    O czwartej nad ranem oddech jego zahaczył się o coś, jego śpiew ustał, szczęka opadła. Zobaczyła błyszczące w księżycu zęby i uśmiech — grymas lubieżny, i on leżał już tam, leżał po drugiej stronie, wtulony w nią, prawie usta w usta.

    [Instytut Literacki 1957]