Strona:Leo Belmont - Odkrycie policyjne.djvu/6

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   2   —

biurku, zarzuconem gęsto mnóstwem papierów, powyrzucanych z otwartych szufladek.
Literat namarszczył nieco brwi... Ale czuł się zobowiązanym względem prystawa, który zkądinąd okazał się przed chwilą bardzo delikatnym, odsuwając na stronę, jako rzecz bez wagi politycznej, wiązkę listów, przy dotknięciu której zauważył na twarzy literata mocny niepokój i w oczach wyraz błagalny. Skorzystał z tego że towarzysze dodani do rewizyi „porządkowali“ w sąsiednim pokoju, i dał się unieść popędowi wspaniałomyślności z uszczerbkiem dla sumienności służbowej. Gromadził na stole do wzięcia dla „ochrany“ listy, które mu podsunął rewirowy, unikając kompromitujących...
— Blondynka... z czarnemi oczyma — odrzekł zainterpelowany, nie zdając sobie sprawy, że uprzejmie rozszerzona odpowiedź była już wynikiem nie prostej wdzięczności, ale połechtanej przyjemnie próżności mężowskiej, biorącej górę nad „oburzeniem“ z powodu niedyskrecyi osoby urzędowej.
A gdzie wasza żena, jeżeli możno sprosit’? — indagował łamanym językiem rozmowny prystaw.
— Wyjechała... do wód...
— To dobrze... Bo my tu robimy panu bezporiadek... a damy tego kriepko nie lubią...
— O, żona moja ten nieporządek jeszcze zobaczy... bo wraca dziś nad ranem o szóstej...
— To bardzo nie przyjemnie — tłomaczył się prystaw — ale co robić? Służba! Sam trzecią noc nie śpię. U pana dziś — moja druga rewizja, a mam jeszcze pięć do rana...
I biorąc do ręki jedną z fotografii znowu mimowoli cmoknął — i dodał:
A wsio taki u was razkoszna żena!