Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/222

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sztandary, zdobne Liljami Burbonów. Cóż pozostało z tych illuzyj?!“
Powstała — chodziła, słaniając się śród ścian salonu załamując ręce, mówiąc tonem najwyższej boleści:
„Szczęście zdradziło nas w polu... Jakie bezprzykładne klęski!... Rossbach — Minden — Warburg — Villingshausen! Przepadła chwała bitnego żołnierza Francji!... Europa już nie drży przed naszym orężem! Obce wojska pohańbiły swym marszem francuskie wybrzeże Renu!
„Ile upokorzeń! — brzegi La Manche’u w ogniu, bombardowane! Nasze okręty w rękach Anglji! Nasze wojska w ucieczce do portów — odegnane z morza! Szczęście zdradziło nas w ojczyźnie tak samo, jak w koloniach Indyj i Ameryki! Europa niszczona przez wojnę od lat szeregu — miljon ludzi zagrabiła nam śmierć w tej kampanji — nasze siewne pola zniszczone — handel zrujnowany — skarb pusty — nasz prestige u narodów zachwiany — wszędy rany ziejące — mrok gęstnieje nad nami — sen o nieśmiertelności Francji królewskiej zwichnięty... sen o mojej sławie...
„Ach! ach!... czy to się daje wszystko wyrazić słowami... Ale, książę, czy ty naprawdę przestałeś rozumieć, że... nam... nam... nam... tobie i mnie — w tej chwili nie wolno zajmować się... takiemi — jak mi-łość?!“
Zakołysała się płaczem, upadając głową w poduszki fotelu.
Powstał i rzekł cicho:
„Markizo, przebacz!... W istocie oszalałem. Już nigdy o tem nie powiem słowa. Ale... ale...“ tu głos jego zdławiło powstrzymane łkanie, „ale boję się, pani, że ty... umrzesz ze smutku!“