Strona:Leo Belmont - Kukuryku czy kikeriki.djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   6   —

wyciekło z powodu kwestyi, jak należy mówić: „kukuryku“, czy „kikeriki“; niepodobna nawet w przybliżeniu określić ilości ofiar, pochłoniętych przez odnośne spory, ciągnące się przez cale stulecia, spory, których echo nie przebrzmiało do dnia dzisiejszego, pomimo znacznie zmienione warunki. Niepodobna wyobrazić sobie, jak zażartą była walka stronnictw, ilu idealnych kogutów oddało śród męczeństw życie bądź za „kukuryku“, bądź za „kikeriki“, do ostatniej kropli krwi broniąc swojego hasła... I gdyby nie ta pewność, że w tych walkach rodzaj koguci postępował wciąż naprzód, uszlachetniał się, stawał się coraz bliższym prawdy, coraz godniejszym wyższych kształtów w powszechnej metamorfozie i że sposobił się na tej drodze do ostatecznej nirwany, — byłoby rzeczą nazbyt bolesną śledzić dzieje owych wiekopomnych zatargów...“
Manuskrypt, z którego cytuję powyższe słowa, jest bezwarunkowo autentyczny. Przynajmniej człowiek, od którego nabyłem go za pokaźną sumkę trzystu złotych i o prawdomówności którego nie mam powodu wątpić, zaręczył mi pod słowem honoru, że manuskrypt ów przepadł z Brytańskiego Muzeum właśnie w czasie jego bytności.
Co się zaś tyczy wierności w odcyfrowaniu tekstu, to za to ręczę ja sam osobiście. Władam sanskrytem wcale nieźle, dzięki nieszczęśliwej okoliczności mojego życia. Mieszkałem w czasach studenckich w jednym domu z pewnym młodzieńcem, który w Heidelbergu wystudjował sanskryt doskonale, uzyskał nawet tytuł doktorski, po powrocie do kraju popisywał się znajomością tego