Strona:Leo Belmont - Królewska miłośnica.djvu/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Kiedy rozstawali się nazajutrz, książę de Brissac rzekł wesoło:
— Jednakże 14 Lipca to jest wielkie święto... nasze!

ROZDZIAŁ X.
W momencie ucieczki do Varennes.

Widywali się odtąd często — niemal co niedziela. Słodziła jego troski w czasach coraz chmurniejszych. Szukał azylu w Luciennes spracowany, znużony śmiertelnie trudami nad przepaścią... Zapominał przy niej o swoich kłopotach. Wszakże było rozkoszą dlań wpatrywać się w jej oczy. Nigdy nie wydawała mu się piękniejszą. Jej portret — jeszcze późniejszy, malowany w Londynie przez angielskiego mistrza pędzla, mówi nam o jej niewiędnącym uroku.
Miłość ich przetrwała okrutne chwile poczynającego się terroru — dotrwała do śmierci de Brissac‘a. Książę przestał być bezzasadnie zazdrosny o d‘Escourt‘a i Maussabré. Przeciwnie — ci dwaj wiedzieli o miłości dwojga kochanków — i schylili przed nią głowy, darząc oboje pełną szacunku przyjaźnią.
Zresztą tajemnica ich miłości wydała się prędko.
Oto ciekawy fakcik, który notuje kronika owego czasu:
Kiedy Ludwik XVI przedsięwziął był swoją niefortunną ucieczkę do Varennes w celu połą-