Strona:Leo Belmont - Królewska miłośnica.djvu/185

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pani Dubarry nie mogła oprzeć się naleganiom księcia. Udzieliła się jej promienność jego wiary w przyszłość. Paryż wzywał ją tchem swego wesela — niegdyś tak ukochany jej Paryż! Ale postawiła warunek: ubierze się najskromniej — włoży kapelusz swej garderobiany z woalem, który jej twarz zasłoni.
— Jadę patrzeć, a nie być widzianą. Jeżeli księcia nie będzie krępować nędznie ubrana towarzyszka...
— Dziś wszystko jedno! Niema bogaczy i biedaków. Zresztą za woalem będę domyślał się twarzy... pani Dubarry!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Pojechali.
Powóz księcia zatrzymał się na uboczu, pomiędzy trybunami. Stojąc na podniesieniu, widziała wszystko doskonale. Książę de Brissac podtrzymywał stojącą. Poruszała się tak żywo, klaszcząc zawzięcie, że lękał się, iż wypadnie z powozu.
Przeszła przed nimi olbrzymia procesja sfederowanych. Bataljon uzbrojonych dzieci otwierał ten pochód; zamykał go bataljon uzbrojonych starców. Pochód ruszył od Placu Bastylji ku Tuilleries, tam przyjął w środek szeregi dworskie i sunął wraz z członkami Zgromadzenia Narodowego i Gwardją Narodową na Pole Marsowe. Niezliczone tłumy towarzyszyły pochodowi.