Strona:Leo Belmont - Fabrykant, który nigdy nie wyzyskiwał robotników.djvu/4

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.
    —   4   —

    Otworzył księgę... Kowalczukowi długie szeregi cyfr zaroiły się w oczach...
    — To wszystko... zapisane na Haushaltung... utrzymanie domu.. Ale to są wydatki na „przyjaciela domu handlowego“...
    Kowalczuk długo ślepił w „contach“... Wtem głową pokręcił z determinacją, jął pięścią bić po suknie biurka i szybko rzucał wyrazy.
    — Pan Szwindelberg zawraca mi gitarę... tak, gitarę!... To jedno, a tamto drugie!... Tu rozchodzi się o fabrykację!... A fabrykacja — to nasza praca... nasza praca...
    — Uspokójcie się, Kowalczuku — rzekł milioner z gestem pełnym godności... Oto na tamtym stole masz wszystkie próbki lekarstw, które wyrabiamy wspólnie w mojej fabryce na porost włosów, na nieuleczalny reumatyzm, na zastarzałą neurastenię, na przyrodzoną głuchotę, na pocenie się nóg i na niepłodność... Czy wy myślicie, Kowalczuku, że ta farba w tych różnokolorowych flaszeczkach tak drogo kosztuje?... A może woda?
    — Przypuśćmy — bąkał Kowalczuk — że największą wartość ma wynalazek... Ja wiem, woda nic nie kosztuje — farba bardzo mało... Ale my pracujemy przy tym wynalazku tak samo, jak pan... I my mamy prawo zarabiać razem z panem na cudzej idei, bo bez nas, bez pracy naszych rąk, te ciecze, proszę pana, nie nabrałyby swojej pożytecznej mocy... My wciskamy treść odkrycia, ideę, siły natury w taką formę, że, proszę pana...
    — Kowalczuku, jesteście bardzo głupi — wyrzekł cicho, ale z wielką precyzją miljoner — jesteście bardzo głupi, chociaż niemieccy studenci nauczyli was filozofować według socjalistycznych książeczek...
    — Panie Szwindel — man!... berg!...
    — Kowalczuku! powtarzam raz jeszcze, jesteście