Strona:Leo Belmont - A gdy zawieszono „Wolne Słowo”.djvu/63

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   61   —

szawa... Wszędzie gdzieindziej pusto... Tam zawsze pełno...
Na pożegnanie uścisnął mi dłoń, mówiąc z naciskiem:
— Liczę na pe, że spotkamy się w Udziałowej.
W owej chwili znienawidziłem go. Postanowiłem pójść z rewolwerem sześciostrzałowym w kieszeni i zastrzelić go pomiędzy jedną a drugą łyżką mleka. Byłby to tylko protest naturalny ze strony człowieka, który przez cały tydzień jeździł tramwajem w Aleje i wieczerzał w Udziałowej. Ale dobre instynkty wzięły górę. Jakkolwiek rozum, wykształcony na literaturze, pouczał mnie, że życie jednego filistra nic nie znaczy, zwłaszcza gdy chodzi o piękno i siłę protestu — głupie sumienie zatryumfowało. W niedzielę, przed godziną umówioną spotkania w Udziałowej, uciekłem z Warszawy, aby nie uledz pokusie zbrodni.
Wzburzenie przeszło. Teraz w ustroniu wiejskim mogę skupić się i ze spokojem filozofa rozważyć, skąd bierze się pociąg „całej Warszawy“ do Udziałowej.
Bezwarunkowo jest to kwestja. Oto w pewnym punkcie Warszawy skupia się w wieczory letnie mnóstwo osób, depcąc sobie po nogach w niemiłosiernie wązkich przejściach, potrącając się łokciami przy stolikach w niezmiernej ciasnocie, ba! przecząc niemal prawu fizycznemu o nieprzenikalności ciał: sam widziałem dwie osoby, siedzące na jednym miejscu.
Na pozór jest to miłość świeżego powietrza. Tak mówi niedostateczna indukcja,